No i stało się. Postanowiłam podzielić się z kimś inteligentnym tym co mnie gryzie, co mnie rozwala od środka. Dłużej już nie mogę tego tłamsić w sobie, bo stanie się coś złego. Już mi grozili, że mnie oddadzą :(
Ale od początku.
Mam na imię Sisi. Co za głupie imię w ogóle!! Jak można było mnie tak nazwać!! Moja właścicielka była chora psychicznie!! Sisi... Jak ta księżniczka z bajki dla dzieciaków... Czy ja kurna wyglądam na księżniczkę?!
Jeszcze raz... mam na imię Sisi i mam... 3 lata? 2? Sama nie wiem, w sumie to nie pamiętam swojej przeszłości. Nie pamiętam gdzie i kiedy się urodziłam, kto był moją mamą. Tą kocią, bo potem miałam kilka mam - tych człowieczych, dużych. Co dają jeść, sprzątają z kuwety i głaskają jak jestem miła i słodka. Ale ja nie chcę taka być!! Wtedy się złoszczą, krzyczą i są smutni. Trudno! Niech będą smutni! Ja jestem cały czas i kogo to obchodzi?!
Jak już mówiłam, nie pamiętam swojej przeszłości. Moja nowa mama mówi, że to dlatego, że mam traumę (cokolwiek to znaczy)... Nie pamiętam, bo nie chcę pamiętać, bo było mi źle. Może i racja, bo z tych urywek wspomnień chyba faktycznie nie było zbyt dobrze. U jednej mamy było źle... Ciągłe krzyki, awantury, dużo złych ludzi. Ciągle się bałam, ciągle obrywałam. Chyba wtedy stałam się zła. Wcale nie chciałam, ale tak po prostu się stało. Potem też nie było wesoło. Mieszkał ze mną POTWÓR!! Miał chyba ze 100 metrów, był groźny i hałaśliwy. Jak mnie widział, rzucał się na mnie i chciał mnie zjeść!! Na pewno chciał mnie zjeść!! Bo cóż by innego chciał zrobić ze mną taki potwór?! Przytulić się?! Dobrze, że mama zamykała nas w oddzielnych pokojach. Mało miejsca i nie mogłam szaleć, ale przynajmniej żyję. Paranoja jakaś. Życie w ciągłym strachu, czy on wejdzie do mnie, czy nie. Był tam jeszcze jeden zwierzak. PIES na nie mówią. Głupia nazwa... KOT brzmi dumnie, a PIES... Ten drugi był nawet fajny, nie zaczepiał, nie bił, nie warczał. Ale ja na wszelki wypadek byłam czujna cały czas. To życie w ciągłym napięciu mnie zrujnowało psychicznie. Chciałam umrzeć, ale nie było jak tego zrobić.
Któregoś dnia do mojej mamy przyszły jakieś inne człowieki. Dobrze im z oczu patrzyło, ale na wszelki wypadek nie podchodziłam. Wołały mnie, chciały głaskać chyba, ale nie wiadomo. Może chciały uderzyć, albo wyrwać futerko, które tak skrzętnie wylizywałam pół dnia. Obserwowałam je z ubocza. Śledziłam każdy ruch. W końcu podeszłam troszkę bliżej żeby zbadać zapach. CO?! Śmierdziały kotami!! Innymi niż ja!! Dziwne. Czego one tu chciały. Uciekłam do siebie. W końcu sobie poszły i zostawiły mnie z moimi rozmyślaniami. Skoro tam są inne koty, to chyba jest dobrze. Nie czułam żadnego psa. Ciekawe jak u nich jest. Czy też każdy ma swój pokój. Może miałabym się z kim bawić. Ale jak im to powiedzieć?! Przecież człowieki są głupie!! Jak tu gardło zdzieram prosząc o jedzenie albo o zabranie potwora, a oni - no chodź, pogłaskamy, czemu płaczesz... Brak mi słów. Nie idzie się z nimi dogadać... Czekało mnie życie w zamkniętym pokoju. Pełna strachu przed kolejnym dniem poszłam spać.
Dni mijały jeden po drugim i wciąż to samo. Każdy dzień jak poprzedni. Sen, mycie, kuweta, jedzenie. Sen, spacer, kuweta, mycie, sen, jedzenie, sen, sen, sen...
Po kilku miesiącach mama przyszła do mnie i złapała z taką siłą, że nie byłam w stanie się ruszyć!! Wsadziła do ciasnego pudełka i wyniosła z domu :( Nie wiedziałam gdzie mnie niosą i po co. Spodziewałam się najgorszego. Coś do mnie gadały, ale byłam tak wystraszona, że nie pamiętam ani słowa. I nagle to poczułam! Znajomy zapach! Kolejna mama! Ta od innych kotów! Moje modlitwy zostały wysłuchane! Teraz już strach był mniejszy, aczkolwiek bałam się, co będzie jak poznam innych lokatorów.
Potem nastąpiła kolejna trauma. Koty były aż 3!! A ja jedna :( Ganiał mnie, chciały poznać, pytały o różne rzeczy, chciały wąchać. Ale ja nie chciałam. Uciekałam, a one ganiały za mną. Kiedy wspięłam się na firankę i popuściłam ze strachu... NO CO?! Wam nigdy nie zdarzyło się narobić w gacie ze strachu?! Tylko, że ja nie miałam gaci, więc poszło na podłogę... tak więc wtedy chyba przegięłam. Mama zabrała inne koty, nakrzyczała i zamknęła mnie w pokoju. Słyszałam ich pod drzwiami, więc kazałam im odejść, ale nie słuchały. Gardło mnie bolało od krzyczenia na nie, że mają mi dać spokój.
Spędziłam kilka dni sama. W końcu mama weszła do pokoju, zamknęła drzwi - jedyną drogę ucieczki i usiadła na środku pokoju. Okrzyczałam ją, że ma iść w diabły, ale ona po prostu siedziała. Dziwna jakaś. No to wyszłam zobaczyć, czy żyje. Bo się nie ruszała. Podeszłam, powąchałam i uciekłam. Ona ciągle tam siedziała. Po kilku próbach dałam się jej dotknąć. Nie biła, tylko pogłaskała, coś do mnie mówiła. Było fajnie. Potem wyszła i znowu zostałam sama. Ale niedługo znowu wróciła i znowu głaskała.
W końcu postanowiłam poznać inne koty. Dwa był nawet fajne, od razu złapałam wspólny język. Z jedną musiałam powalczyć o przywództwo, ale łatwo się poddała. No bo jak to. Ja tu rządzę i już!! Było kilka potyczek słownych, dochodziło do rękoczynów, ale w końcu każdy chodził jak w zegarku. Nie bawiłam się z nimi, bo jakieś dziwne te zabawy miały. Ganiały się, biły, krzyczały. Chyba je to bolało. Tarzały się po podłodze i krzyczały. Nie, to nie dla mnie. Jak ktoś próbował wciągać mnie do zabawy dawałam mu w łeb albo krzyczałam. Po pewnym czasie zauważyłam, że krzykiem jestem w stanie wywalczyć wszystko. Mamy do mnie biegną, tulą, głaskają, koty są potulne. To się nazywa władza absolutna!!
Żyłam jak w raju. Jedzonko każdego dnia, zabawki, przekąski, ciepła podusia w łóżku obok mamy. Polubiłyśmy się. To ją wybrałam, za to, że wtedy była taka miła dla mnie. Teraz ją bardzo lubię. Śpię z nią, biegnę do niej jak się boję. Nawet aportuję myszkę z dzwoneczkiem :) uwielbiam to!!
Nie mogło być jednak tak pięknie cały czas. Do domu przyszły kolejne dwa koty. Miały być na chwilę, ale ta chwila już trwa i trwa. Jak nie wychodziły spod łóżka było fajnie. Jakby ich nie było. Ale potem było już piekło, które trwa do tej pory. Jeden się podporządkował. Dałam mu parę razy po łbie i zrozumiał, że ze mną nie ma żartów. Ale ta największa to nie chce odpuścić. Nie może znieść myśli, że to mój dom i ja tu rządzę. Ciągle mnie atakuje, bije i wyzywa. Oczywiście mamy mnie ratują, ale i tak czasem mi się oberwie. Ja też potrafię oddać, ale najczęściej muszę uciekać i ostrzegać ją z bezpiecznej odległości, żeby nie podchodziła. Jest większa i silniejsza. Nie mogę z nią wygrać, ale nie poddam się!! Gorzej z moimi człowiekami. Strasznie się denerwują, zwłaszcza w nocy. Krzyczą, rzucają poduszkami, często mnie na siłę wrzucają do łóżka. Fakt, to często pomaga i Duża odpuszcza ale to i tak nieprzyjemne. Najchętniej to bym się przykleiła do mamy, wtedy jestem bezpieczna. Nikt nie podchodzi, a ja mogę spać w spokoju.
Najgorsze jest to, że ostatnio mi coś podają. Po ostatniej awanturze z Dużą mamy krzyczały, że mnie oddadzą :( Ale ja nie chcę żeby mnie oddały. Mnie tu jest w sumie dobrze, tylko Duża mnie denerwuje. Oddajcie Dużą, nie mnie!! A te tabletki, co mi siłą wciskacie są niedobre. Gorzkie i mam po nich zawroty głowy. Nie wiem co mi jest. Jestem taka senna, mogłabym cały czas spać. Mam spowolnione odruchy i myślenie też wolniejsze. Nawet Duża mnie wtedy tak nie denerwuje i nie muszę zdzierać na nią gardła. Chociaż jeśli to ma pomóc i mnie nie oddadzą to chyba wolę spać i lizać futerko niż uciekać i wypluwać tabletki.
To tyle o mnie. Następnym razem opowiem wam o mojej rodzinie. Moich człowiekach i kotach, które ze mną mieszkają. Trochę nas jest. Ale to następnym razem. Teraz idę spać, bo jak zwykle jestem senna. Dobranoc!
Ale od początku.
Mam na imię Sisi. Co za głupie imię w ogóle!! Jak można było mnie tak nazwać!! Moja właścicielka była chora psychicznie!! Sisi... Jak ta księżniczka z bajki dla dzieciaków... Czy ja kurna wyglądam na księżniczkę?!
Jeszcze raz... mam na imię Sisi i mam... 3 lata? 2? Sama nie wiem, w sumie to nie pamiętam swojej przeszłości. Nie pamiętam gdzie i kiedy się urodziłam, kto był moją mamą. Tą kocią, bo potem miałam kilka mam - tych człowieczych, dużych. Co dają jeść, sprzątają z kuwety i głaskają jak jestem miła i słodka. Ale ja nie chcę taka być!! Wtedy się złoszczą, krzyczą i są smutni. Trudno! Niech będą smutni! Ja jestem cały czas i kogo to obchodzi?!
Jak już mówiłam, nie pamiętam swojej przeszłości. Moja nowa mama mówi, że to dlatego, że mam traumę (cokolwiek to znaczy)... Nie pamiętam, bo nie chcę pamiętać, bo było mi źle. Może i racja, bo z tych urywek wspomnień chyba faktycznie nie było zbyt dobrze. U jednej mamy było źle... Ciągłe krzyki, awantury, dużo złych ludzi. Ciągle się bałam, ciągle obrywałam. Chyba wtedy stałam się zła. Wcale nie chciałam, ale tak po prostu się stało. Potem też nie było wesoło. Mieszkał ze mną POTWÓR!! Miał chyba ze 100 metrów, był groźny i hałaśliwy. Jak mnie widział, rzucał się na mnie i chciał mnie zjeść!! Na pewno chciał mnie zjeść!! Bo cóż by innego chciał zrobić ze mną taki potwór?! Przytulić się?! Dobrze, że mama zamykała nas w oddzielnych pokojach. Mało miejsca i nie mogłam szaleć, ale przynajmniej żyję. Paranoja jakaś. Życie w ciągłym strachu, czy on wejdzie do mnie, czy nie. Był tam jeszcze jeden zwierzak. PIES na nie mówią. Głupia nazwa... KOT brzmi dumnie, a PIES... Ten drugi był nawet fajny, nie zaczepiał, nie bił, nie warczał. Ale ja na wszelki wypadek byłam czujna cały czas. To życie w ciągłym napięciu mnie zrujnowało psychicznie. Chciałam umrzeć, ale nie było jak tego zrobić.
Któregoś dnia do mojej mamy przyszły jakieś inne człowieki. Dobrze im z oczu patrzyło, ale na wszelki wypadek nie podchodziłam. Wołały mnie, chciały głaskać chyba, ale nie wiadomo. Może chciały uderzyć, albo wyrwać futerko, które tak skrzętnie wylizywałam pół dnia. Obserwowałam je z ubocza. Śledziłam każdy ruch. W końcu podeszłam troszkę bliżej żeby zbadać zapach. CO?! Śmierdziały kotami!! Innymi niż ja!! Dziwne. Czego one tu chciały. Uciekłam do siebie. W końcu sobie poszły i zostawiły mnie z moimi rozmyślaniami. Skoro tam są inne koty, to chyba jest dobrze. Nie czułam żadnego psa. Ciekawe jak u nich jest. Czy też każdy ma swój pokój. Może miałabym się z kim bawić. Ale jak im to powiedzieć?! Przecież człowieki są głupie!! Jak tu gardło zdzieram prosząc o jedzenie albo o zabranie potwora, a oni - no chodź, pogłaskamy, czemu płaczesz... Brak mi słów. Nie idzie się z nimi dogadać... Czekało mnie życie w zamkniętym pokoju. Pełna strachu przed kolejnym dniem poszłam spać.
Dni mijały jeden po drugim i wciąż to samo. Każdy dzień jak poprzedni. Sen, mycie, kuweta, jedzenie. Sen, spacer, kuweta, mycie, sen, jedzenie, sen, sen, sen...
Po kilku miesiącach mama przyszła do mnie i złapała z taką siłą, że nie byłam w stanie się ruszyć!! Wsadziła do ciasnego pudełka i wyniosła z domu :( Nie wiedziałam gdzie mnie niosą i po co. Spodziewałam się najgorszego. Coś do mnie gadały, ale byłam tak wystraszona, że nie pamiętam ani słowa. I nagle to poczułam! Znajomy zapach! Kolejna mama! Ta od innych kotów! Moje modlitwy zostały wysłuchane! Teraz już strach był mniejszy, aczkolwiek bałam się, co będzie jak poznam innych lokatorów.
Potem nastąpiła kolejna trauma. Koty były aż 3!! A ja jedna :( Ganiał mnie, chciały poznać, pytały o różne rzeczy, chciały wąchać. Ale ja nie chciałam. Uciekałam, a one ganiały za mną. Kiedy wspięłam się na firankę i popuściłam ze strachu... NO CO?! Wam nigdy nie zdarzyło się narobić w gacie ze strachu?! Tylko, że ja nie miałam gaci, więc poszło na podłogę... tak więc wtedy chyba przegięłam. Mama zabrała inne koty, nakrzyczała i zamknęła mnie w pokoju. Słyszałam ich pod drzwiami, więc kazałam im odejść, ale nie słuchały. Gardło mnie bolało od krzyczenia na nie, że mają mi dać spokój.
Spędziłam kilka dni sama. W końcu mama weszła do pokoju, zamknęła drzwi - jedyną drogę ucieczki i usiadła na środku pokoju. Okrzyczałam ją, że ma iść w diabły, ale ona po prostu siedziała. Dziwna jakaś. No to wyszłam zobaczyć, czy żyje. Bo się nie ruszała. Podeszłam, powąchałam i uciekłam. Ona ciągle tam siedziała. Po kilku próbach dałam się jej dotknąć. Nie biła, tylko pogłaskała, coś do mnie mówiła. Było fajnie. Potem wyszła i znowu zostałam sama. Ale niedługo znowu wróciła i znowu głaskała.
W końcu postanowiłam poznać inne koty. Dwa był nawet fajne, od razu złapałam wspólny język. Z jedną musiałam powalczyć o przywództwo, ale łatwo się poddała. No bo jak to. Ja tu rządzę i już!! Było kilka potyczek słownych, dochodziło do rękoczynów, ale w końcu każdy chodził jak w zegarku. Nie bawiłam się z nimi, bo jakieś dziwne te zabawy miały. Ganiały się, biły, krzyczały. Chyba je to bolało. Tarzały się po podłodze i krzyczały. Nie, to nie dla mnie. Jak ktoś próbował wciągać mnie do zabawy dawałam mu w łeb albo krzyczałam. Po pewnym czasie zauważyłam, że krzykiem jestem w stanie wywalczyć wszystko. Mamy do mnie biegną, tulą, głaskają, koty są potulne. To się nazywa władza absolutna!!
Żyłam jak w raju. Jedzonko każdego dnia, zabawki, przekąski, ciepła podusia w łóżku obok mamy. Polubiłyśmy się. To ją wybrałam, za to, że wtedy była taka miła dla mnie. Teraz ją bardzo lubię. Śpię z nią, biegnę do niej jak się boję. Nawet aportuję myszkę z dzwoneczkiem :) uwielbiam to!!
Nie mogło być jednak tak pięknie cały czas. Do domu przyszły kolejne dwa koty. Miały być na chwilę, ale ta chwila już trwa i trwa. Jak nie wychodziły spod łóżka było fajnie. Jakby ich nie było. Ale potem było już piekło, które trwa do tej pory. Jeden się podporządkował. Dałam mu parę razy po łbie i zrozumiał, że ze mną nie ma żartów. Ale ta największa to nie chce odpuścić. Nie może znieść myśli, że to mój dom i ja tu rządzę. Ciągle mnie atakuje, bije i wyzywa. Oczywiście mamy mnie ratują, ale i tak czasem mi się oberwie. Ja też potrafię oddać, ale najczęściej muszę uciekać i ostrzegać ją z bezpiecznej odległości, żeby nie podchodziła. Jest większa i silniejsza. Nie mogę z nią wygrać, ale nie poddam się!! Gorzej z moimi człowiekami. Strasznie się denerwują, zwłaszcza w nocy. Krzyczą, rzucają poduszkami, często mnie na siłę wrzucają do łóżka. Fakt, to często pomaga i Duża odpuszcza ale to i tak nieprzyjemne. Najchętniej to bym się przykleiła do mamy, wtedy jestem bezpieczna. Nikt nie podchodzi, a ja mogę spać w spokoju.
Najgorsze jest to, że ostatnio mi coś podają. Po ostatniej awanturze z Dużą mamy krzyczały, że mnie oddadzą :( Ale ja nie chcę żeby mnie oddały. Mnie tu jest w sumie dobrze, tylko Duża mnie denerwuje. Oddajcie Dużą, nie mnie!! A te tabletki, co mi siłą wciskacie są niedobre. Gorzkie i mam po nich zawroty głowy. Nie wiem co mi jest. Jestem taka senna, mogłabym cały czas spać. Mam spowolnione odruchy i myślenie też wolniejsze. Nawet Duża mnie wtedy tak nie denerwuje i nie muszę zdzierać na nią gardła. Chociaż jeśli to ma pomóc i mnie nie oddadzą to chyba wolę spać i lizać futerko niż uciekać i wypluwać tabletki.
To tyle o mnie. Następnym razem opowiem wam o mojej rodzinie. Moich człowiekach i kotach, które ze mną mieszkają. Trochę nas jest. Ale to następnym razem. Teraz idę spać, bo jak zwykle jestem senna. Dobranoc!
Kurczę... Napisałam Ci dłuższy komentarz i się skasował, naprawde dobija mnie ten internet. W każdym razie przerażającym jest fakt, że te koty tak walczą o dominację. Ja się cieszę, że moja Fela to taki ugodowy zwierzak. Nawet jak Fifi - york - ją nieco zaczepia , to jej nie atakuje, tylko ucieka do pojemnika na pościel, albo na regał wskakuje :) Raz była zabawna sytuacja z małym czarnym kocurkiem ;) Fakt, wtedy się na mnie obraziła i nie chciała wskoczyć na kanapę, na której był wcześniej kociak kumpeli, ale nie zaatakowała go, nic mu nie zrobila ;) Tylko syczeli na siebie ;)
OdpowiedzUsuń