Kocia antykoncepcja, czyli ZA DUŻO NAS NA TYM ŚWIECIE
Kolejny dzień w mojej popieprzonej rodzince. Znowu Chudy ma jakiś problem i ciągle mi dokucza. Wczoraj ugryzł mnie w ogon, jak leżałam na mamie!! Rozumiecie??!! Ja sobie grzecznie leżałam a on najpierw mnie wąchał a potem mnie UGRYZŁ!! Dobrze, że mama była obok bo bym mu poszatkowała paszczaka.
Mimo tego, że to oczywiście jego wina, mama ostatnio odkryła teorię, że moje zachowanie (phi, przecież jestem najlepszym kotem ever!!) może być spowodowane zbyt późną sterylizacją. Tak, na pewno wiecie, że nie mogę mieć kocich dzieci ale wcale ich nie chcę. W ogóle nie wiem jak można mieć dzieci!! Dobrze, że nie mogę ich mieć. Wracając... mama mówi, że dokładnie nie wie kiedy mnie sterylizowano - poprzedni właściciele nie znali się na życiu i chyba mnie skrzywdzili. Mało pamiętam, wyparłam to ze świadomości ale ponoć bywało różnie i różnie też było z zabiegiem - moje hormony mogą być popsute i dlatego jestem ciągle wściekła. To by wyjaśniało mój stan, który mnie już denerwuje i męczy. Mama powiedziała, że coś z tym zrobi jak tylko będzie mogła. Zobaczymy czy się coś uda czy tylko wyjdzie na moje - że to CHUDY JEST PRZYCZYNĄ CAŁEGO ZŁA!!
Prawidłowo kotki powinno się kastrować miedzy 5 a 12 miesiącem życia. Ponoć można wcześniej i później, ale wiąże się to z różnymi niedogodnościami i często niebezpieczeństwem. Najlepiej wykonać zabieg przed pierwszą rujką, można też po niej, ale ponoć są przypadki wpadania w "ciągłą ruję" i wtedy trzeba podawać jakieś leki, wyciszać - mama mówi, że to raczej skomplikowane :) Nie można sterylizować podczas rujki!! Weterynarz nas usypia, wiec nie czujemy bólu i nic nie pamiętamy - przynajmniej ja nic nie pamiętam...
Koty natomiast powinniście wykastrować miedzy 5 a 6 miesiącem życia. Tak, tak, można później, ale wszystko zależy od... ich moczu!! Jeśli staje się bardzo intensywny - to jest ten czas!! Dojrzałe kocury mają silny instynkt znaczenia terenu i jest wyjątkowo nieprzyjemnie. Bono trafił do nas nie wiemy skąd. Znalazła go znajoma mojej mamy i przyniosła do nas do domu - schroniska dla obłąkanych. Wyglądało tak jakby uciekł od kogoś albo ktoś by go wyrzucił. jednak nie był wykastrowany a wyglądał już na około rok z hakiem. Możecie sobie wyobrazić co się działo w domu. Człowieki szybko go zabrały na szybkie cięcie...
Nie wiem dlaczego ale błąka się dużo mitów na temat tych zabiegów. Pierwszym z nich jest mit, że kotka powinna mieć przed sterylizacją jeden miot kociąt. Sterylka nie zaburza naszej psychiki, wręcz osłabia agresję i wycisza hormony. W naturze kotki są jednak bardziej agresywne. Kierują się instynktem i nie wiedzą, że mogą i muszą mieć kocięta, nie planują tego. A wychodzi potem jak wychodzi :) Dopiero jak już urodzi instynkt karze jej zająć się dziećmi i odchować najsilniejsze i najzdrowsze. Niestety w naturze kierujemy się właśnie instynktem nie uczuciami więc szansę na przeżycie mają tylko silne i zdrowe kotki - te liche umierają w cierpieniach. Tak jak Pusia... Była chyba najsłabsza z miotu i gdyby nie człowieki - nie przeżyłaby...
Drugi bardzo popularny mit to tycie po zabiegu. Prawda jest taka, że jest nas sześcioro i żądne nie ma nadwagi. No Duża jest... duża, ale ona już taka do nas przyszła i jest duża po prostu - jest trochę grubsza niż reszta ale jest spora jak na kota. Poza tym ona nie biega, nie bawi się. Na okrągło śpi, czasem pochodzi po domu. My jemy da razy dziennie mokrą karmę, suchą mamy cały czas i jesteśmy normalni!! Człowieki niby kupują karmę dla kotów wysterylizowanych, ale my nie jemy dużo, dużo też spalamy i jakoś nie mamy z tym problemu. Jeśli tylko macie umiar w karmieniu nas i nie przesadzacie - nie utyjemy, spokojnie:)
Kolejny mit to zdrowie. Wcale nie jest tak jak myślą, że koty po kastracji są bardziej chorowite. Wręcz przeciwnie. Kocury żyją średnio 2 lata dłużej a zachorowalność na nowotwory złośliwe i infekcje (np. dróg moczowych) spada o 98%!! Wystarczy?
No i najlepsze...STERYLIZACJA JEST NIENATURALNA. NIE POWINNIŚMY INGEROWAĆ W PRZEBIEG PROCESÓW NATURALNYCH.
No to może cytat z forum, które śledzi mama:
Mimo tego, że to oczywiście jego wina, mama ostatnio odkryła teorię, że moje zachowanie (phi, przecież jestem najlepszym kotem ever!!) może być spowodowane zbyt późną sterylizacją. Tak, na pewno wiecie, że nie mogę mieć kocich dzieci ale wcale ich nie chcę. W ogóle nie wiem jak można mieć dzieci!! Dobrze, że nie mogę ich mieć. Wracając... mama mówi, że dokładnie nie wie kiedy mnie sterylizowano - poprzedni właściciele nie znali się na życiu i chyba mnie skrzywdzili. Mało pamiętam, wyparłam to ze świadomości ale ponoć bywało różnie i różnie też było z zabiegiem - moje hormony mogą być popsute i dlatego jestem ciągle wściekła. To by wyjaśniało mój stan, który mnie już denerwuje i męczy. Mama powiedziała, że coś z tym zrobi jak tylko będzie mogła. Zobaczymy czy się coś uda czy tylko wyjdzie na moje - że to CHUDY JEST PRZYCZYNĄ CAŁEGO ZŁA!!
Prawidłowo kotki powinno się kastrować miedzy 5 a 12 miesiącem życia. Ponoć można wcześniej i później, ale wiąże się to z różnymi niedogodnościami i często niebezpieczeństwem. Najlepiej wykonać zabieg przed pierwszą rujką, można też po niej, ale ponoć są przypadki wpadania w "ciągłą ruję" i wtedy trzeba podawać jakieś leki, wyciszać - mama mówi, że to raczej skomplikowane :) Nie można sterylizować podczas rujki!! Weterynarz nas usypia, wiec nie czujemy bólu i nic nie pamiętamy - przynajmniej ja nic nie pamiętam...
Koty natomiast powinniście wykastrować miedzy 5 a 6 miesiącem życia. Tak, tak, można później, ale wszystko zależy od... ich moczu!! Jeśli staje się bardzo intensywny - to jest ten czas!! Dojrzałe kocury mają silny instynkt znaczenia terenu i jest wyjątkowo nieprzyjemnie. Bono trafił do nas nie wiemy skąd. Znalazła go znajoma mojej mamy i przyniosła do nas do domu - schroniska dla obłąkanych. Wyglądało tak jakby uciekł od kogoś albo ktoś by go wyrzucił. jednak nie był wykastrowany a wyglądał już na około rok z hakiem. Możecie sobie wyobrazić co się działo w domu. Człowieki szybko go zabrały na szybkie cięcie...
Nie wiem dlaczego ale błąka się dużo mitów na temat tych zabiegów. Pierwszym z nich jest mit, że kotka powinna mieć przed sterylizacją jeden miot kociąt. Sterylka nie zaburza naszej psychiki, wręcz osłabia agresję i wycisza hormony. W naturze kotki są jednak bardziej agresywne. Kierują się instynktem i nie wiedzą, że mogą i muszą mieć kocięta, nie planują tego. A wychodzi potem jak wychodzi :) Dopiero jak już urodzi instynkt karze jej zająć się dziećmi i odchować najsilniejsze i najzdrowsze. Niestety w naturze kierujemy się właśnie instynktem nie uczuciami więc szansę na przeżycie mają tylko silne i zdrowe kotki - te liche umierają w cierpieniach. Tak jak Pusia... Była chyba najsłabsza z miotu i gdyby nie człowieki - nie przeżyłaby...
Drugi bardzo popularny mit to tycie po zabiegu. Prawda jest taka, że jest nas sześcioro i żądne nie ma nadwagi. No Duża jest... duża, ale ona już taka do nas przyszła i jest duża po prostu - jest trochę grubsza niż reszta ale jest spora jak na kota. Poza tym ona nie biega, nie bawi się. Na okrągło śpi, czasem pochodzi po domu. My jemy da razy dziennie mokrą karmę, suchą mamy cały czas i jesteśmy normalni!! Człowieki niby kupują karmę dla kotów wysterylizowanych, ale my nie jemy dużo, dużo też spalamy i jakoś nie mamy z tym problemu. Jeśli tylko macie umiar w karmieniu nas i nie przesadzacie - nie utyjemy, spokojnie:)
Kolejny mit to zdrowie. Wcale nie jest tak jak myślą, że koty po kastracji są bardziej chorowite. Wręcz przeciwnie. Kocury żyją średnio 2 lata dłużej a zachorowalność na nowotwory złośliwe i infekcje (np. dróg moczowych) spada o 98%!! Wystarczy?
No i najlepsze...STERYLIZACJA JEST NIENATURALNA. NIE POWINNIŚMY INGEROWAĆ W PRZEBIEG PROCESÓW NATURALNYCH.
No to może cytat z forum, które śledzi mama:
"Było ich troje. Szary Burasek, czarno-biała Milka i czarny
Kominiarz. Mieli mamę, piękną szylkretkę Gwiazdkę. Żyli sobie szczęśliwie na
wsi, spali w stodole, pili krowie mleko po dojeniu, łapali myszy. Hmmm to nie
ta historia. Nie jest taka piękna i szczęśliwa jak się wszystkim wydaje. A tak
myśli przeciętny posiadacz kota. Myśli, że tak właśnie sielankowo wygląda życie
kota, szczęśliwego, wypuszczanego, niekastrowanego. No to Wam powiem, że nie
tak wygląda.
Gwiazdka nie była kastrowana, ale była wypuszczana. Pewnej nocy dorwała ją piątka niekastrowanych kocurów i została pokryta przez wszystkie z nich, po kilka razy. Rany na pochwie goiły się prawie do porodu. No bo oczywiście zaszła w ciążę. A, że zaszła w ciąże, jej "pani" wystawiła ją za drzwi, bo nie mogła się zgodzić na to, żeby jej mąż utopił kocięta. Bo ona tak kocha kotki, że nie zgodzi się na taka niegodziwość i nie pozwoli ich utopić. A kotka na zewnątrz sobie poradzi. To również typowe myślenie wielu ludzi.
Tak więc Gwiazdka wylądowała w stodole, nie dojadała, schudła, pojawiły się pchły i robale wewnętrzne, sierść zmatowiała. Jadła jeśli udało jej się coś upolować, jeśli nie, głodowała. Czasami wyjadała ze śmietników, w zasadzie tylko tak się dożywiała. Na puszce rozcięła sobie wargę.
Wreszcie nadszedł dzień porodu. Było ciężko. Bóle dorwały ją w nocy, urodziła w stodole, pod jakąś dechą, na słomie. To był jej pierwszy poród, nie wiedziała co się dzieje, bała się, bolało.
Na świat przyszły trzy kocieta - Burasek, Milka i Kominiarz. Przez miesiąc prawie nie wychodziły ze stodoły. Matka opuszczała je, żeby żerować w śmietniku. Ale śmietniki zaczęto zamykać, więc niewiele znajdowała. Głodowała. Miała coraz mniej mleka. W drugim miesiącu jeden z kociaków zachorował. Zaczęło mu ropieć oko, a z nosa zaczęła się lać zielona maź. To był Burasek. Kociątko szybko zaczęło słabnąć, mimo troskliwej opieki wychudzonej Gwiazdki. Dwa tygodnie później jedno z oczu Buraska pękło i wypłynęło. Wieczorem, przy rechocie żab i grze koników polnych Burasek odszedł z tego świata. Zabił go koci katar. Pozostałe dwa maluchy również miały objawy choroby, co gorsza miała je też kocia mama. Tydzień później Gwiazdka dostała gorączki, zaczęła wymiotować i w ciągu dwóch godzin zmarła. Ktoś podrzucił do śmietnika trutkę. Dwa niespełna trzymiesięczne kociaki z kocim katarem zostały same w opuszczonej stodole, przytulone do trupa własnej matki, nie rozumiejąc dlaczego mleko nie płynie z jej sutków, czemu ich nie myje, czemu ich nie ogrzewa w nocy. Rankiem do stodoły wdarł się lis. Przerażone, półślepe od kociego kataru kocięta piszczały, jeżyły się i próbowały warczeć. Na lisie nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Porwał jedno z kociątek - Kominiarza. Kotek został śniadaniem dla małych lisiątek. Biedna Milka została sama. Bardzo płakała, wołała o pomoc, ale nikt nie przychodził jej na ratunek. Wreszcie zdobyła się na odwagę i po omacku wyszła na zewnątrz. Kobiecie, która kiedyś była "opiekunką" jej matki, ukazała się mała, brudna, zaropiała kulka. W pierwszej chwili myślała, że to jakiś dziki zwierz, ale usłyszała kwilenie maleństwa i podniosła je z ziemi. Milka była tak maleńka, krucha i chudziutka, że kobieta oniemiała ze zdziwienia. Zabrała ją do domu, dała mleka i włożyła do pudełka. Wyszła do sklepu, a kiedy wróciła zastała puste pudło. Zapytała męża, czy widział małego kotka. Mąż, popatrzył na nią zdziwiony :
- mówisz o tym parchaczu z pudła, o tym małym gównie? Wyrzuciłem je do rzeki, bo śmierdziało i hałasowało.
Kobieta rozpłakała się, ale na ratunek dla Milki było już za późno. Jej małe schorowane ciałko, spłynęło z prądem rzeki.
W stodole kobieta znalazła ciało swojej Gwiazdki. Zakopała ją pod drzewem, żeby mąż nie widział.
Gwiazdka nie była kastrowana, ale była wypuszczana. Pewnej nocy dorwała ją piątka niekastrowanych kocurów i została pokryta przez wszystkie z nich, po kilka razy. Rany na pochwie goiły się prawie do porodu. No bo oczywiście zaszła w ciążę. A, że zaszła w ciąże, jej "pani" wystawiła ją za drzwi, bo nie mogła się zgodzić na to, żeby jej mąż utopił kocięta. Bo ona tak kocha kotki, że nie zgodzi się na taka niegodziwość i nie pozwoli ich utopić. A kotka na zewnątrz sobie poradzi. To również typowe myślenie wielu ludzi.
Tak więc Gwiazdka wylądowała w stodole, nie dojadała, schudła, pojawiły się pchły i robale wewnętrzne, sierść zmatowiała. Jadła jeśli udało jej się coś upolować, jeśli nie, głodowała. Czasami wyjadała ze śmietników, w zasadzie tylko tak się dożywiała. Na puszce rozcięła sobie wargę.
Wreszcie nadszedł dzień porodu. Było ciężko. Bóle dorwały ją w nocy, urodziła w stodole, pod jakąś dechą, na słomie. To był jej pierwszy poród, nie wiedziała co się dzieje, bała się, bolało.
Na świat przyszły trzy kocieta - Burasek, Milka i Kominiarz. Przez miesiąc prawie nie wychodziły ze stodoły. Matka opuszczała je, żeby żerować w śmietniku. Ale śmietniki zaczęto zamykać, więc niewiele znajdowała. Głodowała. Miała coraz mniej mleka. W drugim miesiącu jeden z kociaków zachorował. Zaczęło mu ropieć oko, a z nosa zaczęła się lać zielona maź. To był Burasek. Kociątko szybko zaczęło słabnąć, mimo troskliwej opieki wychudzonej Gwiazdki. Dwa tygodnie później jedno z oczu Buraska pękło i wypłynęło. Wieczorem, przy rechocie żab i grze koników polnych Burasek odszedł z tego świata. Zabił go koci katar. Pozostałe dwa maluchy również miały objawy choroby, co gorsza miała je też kocia mama. Tydzień później Gwiazdka dostała gorączki, zaczęła wymiotować i w ciągu dwóch godzin zmarła. Ktoś podrzucił do śmietnika trutkę. Dwa niespełna trzymiesięczne kociaki z kocim katarem zostały same w opuszczonej stodole, przytulone do trupa własnej matki, nie rozumiejąc dlaczego mleko nie płynie z jej sutków, czemu ich nie myje, czemu ich nie ogrzewa w nocy. Rankiem do stodoły wdarł się lis. Przerażone, półślepe od kociego kataru kocięta piszczały, jeżyły się i próbowały warczeć. Na lisie nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Porwał jedno z kociątek - Kominiarza. Kotek został śniadaniem dla małych lisiątek. Biedna Milka została sama. Bardzo płakała, wołała o pomoc, ale nikt nie przychodził jej na ratunek. Wreszcie zdobyła się na odwagę i po omacku wyszła na zewnątrz. Kobiecie, która kiedyś była "opiekunką" jej matki, ukazała się mała, brudna, zaropiała kulka. W pierwszej chwili myślała, że to jakiś dziki zwierz, ale usłyszała kwilenie maleństwa i podniosła je z ziemi. Milka była tak maleńka, krucha i chudziutka, że kobieta oniemiała ze zdziwienia. Zabrała ją do domu, dała mleka i włożyła do pudełka. Wyszła do sklepu, a kiedy wróciła zastała puste pudło. Zapytała męża, czy widział małego kotka. Mąż, popatrzył na nią zdziwiony :
- mówisz o tym parchaczu z pudła, o tym małym gównie? Wyrzuciłem je do rzeki, bo śmierdziało i hałasowało.
Kobieta rozpłakała się, ale na ratunek dla Milki było już za późno. Jej małe schorowane ciałko, spłynęło z prądem rzeki.
W stodole kobieta znalazła ciało swojej Gwiazdki. Zakopała ją pod drzewem, żeby mąż nie widział.
Tak właśnie kończy większość kotów na wsi. Jeśli nie zostaną
utopione, dogorywają z kocim katarem, robalami, stanowią pożywienie dla
drapieżników. Podobnie dzieje się w mieście, tylko tutaj stodołę trzeba
zamienić na stertę gałęzi lub piwnicę, a lisa na psa lub szczura.
Pomyślcie - gdyby Gwiazdka została wykastrowana, nie urodziłaby tych trzech szkrabów, a one nie umarłyby w cierpieniu i bólu, nie zaznając życia.
Co więc sprawia, że nie kastrujecie kotów ( pomijam tych cudownych ludzi, którzy to robią)?
Czemu zatem skazujecie tyle zwierząt rocznie na śmierć? Wiecie, że to Wy jesteście za to odpowiedzialni? Każdy rozjechany na ulicy kot, każdy kot, znaleziony w strasznym stanie, maluchy chore do nieprzytomności - to Wasza wina. Wina ludzi nieodpowiedzialnych, niekastrujących, wypuszczających samopas. Weźmiecie to na swoje barki?"
On mówi wszystko... Tak właśnie się dzieje. Czarny jest z ulicy - właściwie z takiej wsi, ze stodoły. Jemu się udało. Miał robaki, tasiemca. Ile by przeżył? Kilka miesięcy? Dni? Pusia jest z ulicy. Bono być może też. Ja nie wiem skąd... Tylko Duża i Chudy maja dziwne pochodzenie - nie wiemy skąd się wzięli. Czy urodzili się w ciepłym domu, czy w schronisku, kartonie... Nieważne. Ważne jest to, żeby nas kastrować. Nam się udało, ale ile naszych braci i sióstr ginie bo nikt ich nie chce, bo mama ich odrzuciła, bo ich mama zginęła? Moje człowieki kiedyś znalazły zamarzniętego małego kotka... On nie zdążył znaleźć domu. Sterylizacja ogranicza takie problemy. Ciągle słyszę od mamy o przypadkach kiedy kolejna ******** osoba postanowiła olać system i rozmnożyła koty, bo tak trzeba i w panice rozjadę po znajomych i straszy że jak nie znajdzie to utopi miot albo odda do schroniska (gdzie i tak mogą być uśpione). To straszne, że robi się z nas maszynki do produkcji małych słodkich kotków. Szkoda tylko, że nikt nie myśli o naszym zdrowiu i wyczerpaniu po każdej kolejnej ciąży a możemy ich mieć wiele... Dodatkowo jeśli nas nie wykastrujecie mamy sporą szansę na ropomacicze!! Nieważne ile kotka miała miotów i ile ma lat - jeśli jest niewysterylizowana jest na nią narażona całe życie!! Zwykle ma przebieg bezobjawowy, ale czasem daje objawy w postaci wycieku z narządów rodnych. (Był u nas kiedyś taki królik... króliczka... umarła na to...) Bardzo trudno ja wykryć - jeśli nie ma objawów, a jeśli już uda się ją zdiagnozować może być za późno. Owszem można usuwać macicę, ale zabieg związany jest z dużym ryzykiem - o wiele wiele większym niż sterylka. Do tego dochodzą nowotwory macicy, jajników i guzy sutków... Jest tego o wiele więcej ale te są najpopularniejsze. Oczywiście nie wspomnę o zwykłej rujce, która też nie jest przyjemna. Ciągła chcica, miauczenie, wycie, tarzanie się i ocieranie jest dla was bardzo uciążliwe.
Pomyślcie - gdyby Gwiazdka została wykastrowana, nie urodziłaby tych trzech szkrabów, a one nie umarłyby w cierpieniu i bólu, nie zaznając życia.
Co więc sprawia, że nie kastrujecie kotów ( pomijam tych cudownych ludzi, którzy to robią)?
Czemu zatem skazujecie tyle zwierząt rocznie na śmierć? Wiecie, że to Wy jesteście za to odpowiedzialni? Każdy rozjechany na ulicy kot, każdy kot, znaleziony w strasznym stanie, maluchy chore do nieprzytomności - to Wasza wina. Wina ludzi nieodpowiedzialnych, niekastrujących, wypuszczających samopas. Weźmiecie to na swoje barki?"
On mówi wszystko... Tak właśnie się dzieje. Czarny jest z ulicy - właściwie z takiej wsi, ze stodoły. Jemu się udało. Miał robaki, tasiemca. Ile by przeżył? Kilka miesięcy? Dni? Pusia jest z ulicy. Bono być może też. Ja nie wiem skąd... Tylko Duża i Chudy maja dziwne pochodzenie - nie wiemy skąd się wzięli. Czy urodzili się w ciepłym domu, czy w schronisku, kartonie... Nieważne. Ważne jest to, żeby nas kastrować. Nam się udało, ale ile naszych braci i sióstr ginie bo nikt ich nie chce, bo mama ich odrzuciła, bo ich mama zginęła? Moje człowieki kiedyś znalazły zamarzniętego małego kotka... On nie zdążył znaleźć domu. Sterylizacja ogranicza takie problemy. Ciągle słyszę od mamy o przypadkach kiedy kolejna ******** osoba postanowiła olać system i rozmnożyła koty, bo tak trzeba i w panice rozjadę po znajomych i straszy że jak nie znajdzie to utopi miot albo odda do schroniska (gdzie i tak mogą być uśpione). To straszne, że robi się z nas maszynki do produkcji małych słodkich kotków. Szkoda tylko, że nikt nie myśli o naszym zdrowiu i wyczerpaniu po każdej kolejnej ciąży a możemy ich mieć wiele... Dodatkowo jeśli nas nie wykastrujecie mamy sporą szansę na ropomacicze!! Nieważne ile kotka miała miotów i ile ma lat - jeśli jest niewysterylizowana jest na nią narażona całe życie!! Zwykle ma przebieg bezobjawowy, ale czasem daje objawy w postaci wycieku z narządów rodnych. (Był u nas kiedyś taki królik... króliczka... umarła na to...) Bardzo trudno ja wykryć - jeśli nie ma objawów, a jeśli już uda się ją zdiagnozować może być za późno. Owszem można usuwać macicę, ale zabieg związany jest z dużym ryzykiem - o wiele wiele większym niż sterylka. Do tego dochodzą nowotwory macicy, jajników i guzy sutków... Jest tego o wiele więcej ale te są najpopularniejsze. Oczywiście nie wspomnę o zwykłej rujce, która też nie jest przyjemna. Ciągła chcica, miauczenie, wycie, tarzanie się i ocieranie jest dla was bardzo uciążliwe.
Oczywiście są też tabletki i zastrzyki hormonalne, ale często mają niedostosowane dawki i mimo "przyciszenia" objawów rujki nie eliminują zagrożeń nowotworowych.
Podsumowując dla mnie sterylizowanie i kastrowanie jest czymś oczywistym. Wiele osób się z tym nie zgadza, ale w sumie mam to gdzieś. Według mnie takie osoby nie mają empatii dla nas - ich kochanych pupilków w domu. Nie potrafią sobie wyobrazić jak się czujemy i co jest dla nas dobre. Tak jak już wspominałam po zabiegach stajemy się milsze. Koty są spokojniejsze, mniej zaczepne, zgodniejsze i bardziej tulaśne. Nie przeżywają burzy hormonalnej związanej z dorastaniem, nie odsuwają się od właściciela w wyniku ciągotek do partnera tego samego gatunku. Z kotkami jest podobnie. Dlatego mama uważa, że u mnie coś poszło nie tak - moja agresja nie została wyeliminowana i zachowuję się jak półdzika. Tak mówią, ale ja uważam to za coś mojego - tym się wyróżniam :) Ale może się nie znam...
Pamiętajcie też, żeby otoczyć nas odpowiednią opieką przed i po sterylce/kastracji. Wiecie - cisza, spokój, ciepły kocyk. Kotki dochodzą do siebie trochę dłużej nić kocury, bo sterylka wiąże się z większą ingerencją chirurgiczną. No i po musicie mieć na nas oko - jesteśmy "pokręceni", zataczamy się, spadamy, wpadamy i takie tam :)
Mam nadzieję, że przekonałam tych, którzy przekonani nie byli. Na koniec zdjęcia Pusi po zabiegu :) Teraz jest szczęśliwym, szczupłym, zadbanym kotem bez problemów zdrowotnych.
Komentarze
Prześlij komentarz